Subskrybuj:InformacjeKomentarze

Tu jesteś: Home » Aktualności, Felietony, Redakcja » Niezwykła historia kościółka z Rokitna

Przyjrzyjcie się tej fotografii. Na pierwszy rzut oka niby nic nadzwyczajnego, lecz to zdjęcie jest wyjątkowe. Zostało zrobione 15 sierpnia 1918 roku, tuż przed dużym kościołem w pobliskim Rokitnie, w dniu święta Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny.

fot_001_Drewniany-kosciolek-w-Rokitnie-r.1918

Drewniany kościółek w Rokitnie r.1918

  Jak podają dziewiętnastowieczne kroniki parafialne, w tym świątecznym dniu przybywały do ?Pani Rokitnickiej?, tak wówczas nazywano kościół w Rokitnie, liczne rzesze pątników. Ludzie przybywali nie tylko z całej okolicy lecz również z Archidiecezji Warszawskiej, a nawet z całego kraju. Liczby wiernych przekraczały niekiedy piętnaście tysięcy osób.

  Zwróćcie Państwo uwagę na te dwa budynki. Po prawej stronie widzimy starą plebanię wraz kaplicą Najświętszej Marii Panny, a tuż obok kościółek i to drewniany. Ktoś z pewnością zapyta: skąd się wziął drewniany kościółek w Rokitnie, przecież był tam tylko murowany?  Otóż był i jest, ale był również drugi kościółek, właśnie drewniany. Jego historia jest tak zaskakująca, że wręcz nieprawdopodobna. Zatem posłuchajcie !

  W historycznym opracowaniu pt. ?Z dziejów parafii Rokitno?, autorstwa księdza Stanisława Hermanowicza, byłego proboszcza tejże parafii, czytamy:

  W niedzielę 11 października 1914 roku Niemcy opanowali Grodzisk, Milanówek i Brwinów, wypierając Rosjan w stronę Warszawy. Ludność miejscowa w popłochu uciekała przez Rokitno w stronę szosy warszawskiej. Uciekano pieszo, furmankami, pędzono przed sobą bydło, zabierano pościel, odzież i co cenniejsze rzeczy. Przed kościołem w Rokitnie rojno od ludzi, wozów i żywego inwentarza. Ksiądz proboszcz Władysław Sędziakowski po skończeniu nabożeństwa przemówił do uciekinierów zachęcając ich, by wracali do domów i pilnowali swego dobra. Wielu usłuchało, wielu udało się w dalszą wędrówkę. Dwunastego października około południa, a było to w poniedziałek, pojawiły się w Rokitnie pierwsze pojazdy niemieckie, a wieczorem piechota zajęła osiedle. W nocy szturmowano na plebanię. Jakiś oficer niemiecki w towarzystwie dwóch żołnierzy zażądał wina. Zbudzony ze snu proboszcz dał sześć butelek, ale gdy nie chciał przyjąć zapłaty, Niemiec rzucił pieniądze na stół z okrzykiem: – Dla ubogich!

 We wtorek w godzinach rannych było już dużo wojska. Kilku oficerów zakwaterowało na plebani. Tego dnia zaczęła się kanonada. Wojska rosyjskie wyparły Niemców z sąsiedniego Józefowa, oddzielonego od Rokitna rzeczką Utratą i Rokitnicą. Między tymi rzeczkami rozpościerają się moczary i lasek olszowy. Wojska rosyjskie zdobyły szybko most na Utracie i wioskę Kopytów. Wszystko świadczyło o tym, że teraz będzie kolej na Rokitno. Niemcy mieli w Rokitnie wiele osłon: mur okalający kościół na wzgórzu; okopy na cmentarzu grzebalnym, a wysokie wieże kościoła stanowiły dobry punkt obserwacyjny na szosę grodziską i warszawską i umożliwiały ostrzał. Proboszcz Sędziakowski protestował przeciwko używaniu kościoła do celów wojennych, powołując się na obietnice Wilhelma ogłoszone w Częstochowie, że świątynie katolickie będą uszanowane. Nic nie pomogło. Wyrzucony z plebani szukał schronienia w dolnym kościele.

 W środę rozpoczęła się strzelanina. Niemcy wciągnęli na wieżę kulomioty i prali stąd ogniem na nacierających Moskali. Rosjanie od strony Święcic i Płochocina zasypywali Rokito szrapnelami i bombami. Kościół drżał cały w posadach. Waliły się gzymsy i ornamenty, a wewnątrz rozlegały się jęki rannych żołnierzy niemieckich. Cały dzień trwała strzelanina. Pierwszych trzech zabitych żołnierzy – Polaków, katolików na służbie niemieckiej, proboszcz poświęcił, a Niemcom kazał prezentować broń, by oddać hołd poległym towarzyszom. W czwartek jeszcze bardziej przybrało na sile, a w południe dosięgło zenitu. Kobiety mdlały, dzieci zanosiły się od płaczu, a jakiś młody mężczyzna zdradzał początki obłąkania.

fot_005_Ogolny-widiok-Rokitna-pod-Warszawa

Ogólny widok Rokitna pod Warszawą

Około godziny 2 po południu dał się zauważyć jakiś dziwny niepokój wśród Niemców, a chwilę później przed oknami mignęły szare szynele żołnierzy. Pomimo grozy położenia, wszyscy klęcząc wznosili ręce do nieba błagając: – Boże, daj im zwycięstwo!

Do kościoła wpadło kilku żołnierzy rosyjskich z bronią gotową do strzału i z krzykiem wielkim. Proboszcz krzyknął: – Stoj! Zdies Palaki! I oni opuścili broń. Zabrali tylko jednego Niemca, który tu się schronił. Wpadł wkrótce oficer rosyjski, a widząc starego księdza ucałował jego rękę i zawołał: – My by dawno wziali Rokitno, ale naczalstwo kazało kościół oszczędzać!

  Nie utrzymali się długo w Rokitnie. Zamiast gonić uciekającego w popłochu nieprzyjaciela, rzucili się na rabunek. Rozbijali szafy, biurka, a tymczasem Niemcy bili od Żukowa. Huk armat był tak straszny, że kościół drżał cały. W dolnym kościele słychać było przerażające huki dział i walące się wieże ścian świątyni. W końcu Moskale musieli opuścić Rokitno. Około 150 żołnierzy dostało się do niewoli niemieckiej. Niemcy znowu zajęli kościół i plebanię, a strzelanina trwała do ósmej wieczorem. Pod wieczór bitwa przycichła.

fot_006_Wnetrze-kosciolka-w-Rokitnie

Wnętrze kościółka w Rokitnie

   Jak zacięty musiał być wtedy bój niech świadczy fakt, że w jednej wspólnej mogile pochowano w tym dniu 750 szeregowców i 5 oficerów, a wśród nich pułkownika 16 Pułku Syberyjskiego Stanisława Różańskiego, Polaka w rosyjskiej armii.

 

 Rokito jeszcze dwukrotnie przechodziło z rąk do rąk. Dopiero na początku sierpnia 1915 roku wojska rosyjskie zostały skutecznie wyparte znad Rawki, Bzury, Utraty i Rokitnicy. Wtedy po półrocznej banicji wrócił do swojej parafii, ksiądz proboszcz Władysław Sędziakowski. Oto, co zapisał wówczas, w swoich notatkach parafialnych:

fot_002_Ks.-Sedzikowski

Ks. Sędziakowski

  Kościół parafialny w Rokitnie, zaledwie przed 25 laty wykończony został między 12 a 19 października 1914 roku zbombardowany i w kupę gruzów zamieniony. Wieże frontowe zwalone, ściana frontowa mocno zrujnowana, okna wszystkie wybite. Ze ściany północnej  gruz tylko został. Wschodnia ściana zupełnie zrujnowana, południowa podziurawiona strzałami armatnimi. W wielkim ołtarzu ocalał tylko cudowny obraz, nietknięty ani jedną kulą, mimo, że okno tuż za nim zupełnie zniszczone, a zasłona w strzępy porwana. Obraz zniszczenia jest wielki. Żadna miejscowość w pobliżu plantu kolei warszawskiej nie przedstawia po wojnie tak wstrząsającego wrażenia jak Rokitno.

 W rzeczywistości Rokitno było bardziej zniszczone, niż o tym mówiono. Oprócz zburzonego kościoła, jedna trzecia wsi była doszczętnie spalona, nawet pobliski cmentarz został zrujnowany podczas artyleryjskiego ostrzału. Ksiądz Sędziakowski widział i ubolewał nad tym wszystkim, szczególnie nad świątynią, która leżała po części w gruzach. Widział też potrzeby duchowe swoich parafian i licznych katolików przyjeżdżających tu, do ?Pani Rokitnickiej?. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, że podczas trwającej wojny widoki na odbudowanie świątyni są niewielkie, zatem podjął zaskakującą decyzję: postanowił zbudować nieduży, drewniany kościółek..

fot_003_Odpust-w-Rokitnie-r.1918

Odpust w Rokitnie r.1918

  Tymczasem trwała wojna. Drewna w okolicznych tartakach nie było, bowiem zostało skonfiskowane przez carskie wojska, a potem przez pruską armię.  Na wieść, że ksiądz buduje w Rokitnie drewniany kościółek, kilkanaście okolicznych dworów przekazało nań, sporo własnego drewna i niemałe kwoty. Darczyńcami byli, między innymi Tadeusz Wierusz Kowalski, Stanisław Wilhelm Lilpop i Jan Uzdowski, wszyscy z Brwinowa. Najwięcej drewna, w tym kilka sporych dębów dostarczono z lasów należących do Lilpopa.

   W maju 1916 roku uzbierało się na tyle dużo materiału budowlanego, że można było przystąpić do budowy. Projekt kościółka wykonał architekt warszawski Bronisław Gajewski, a wykonaniem zajęła się firma ?W.Wędrowski? z Warszawy. Prace ciesielskie trwały wyjątkowo krótko, bo już w październiku tegoż roku, ksiądz Leopold Łyżkowski, prałat Kapituły Metropolitarnej dokonał poświęcenia pod tym samym wezwaniem, co obok stojąca świątynia, czyli Świętego Jakuba. Koszt całej budowy wyniósł ponad 12 tysięcy rubli w banknotach.

fot_004_Odpust-w-Rokitnie-II-r.1918

Odpust w Rokitnie r.1918

  Widoczny na zdjęciu jednonawowy kościółek stanął dosłownie kilka metrów od południowej ściany zrujnowanej świątyni. Nie reprezentował żadnego stylu, przypominał raczej spory dom niż kościół. Jego prezbiterium oddzielone kratkami od reszty kościoła miało kształt kwadratu, natomiast tam, gdzie znajdował się ołtarz główny z cudownie ocalałym obrazem Matki Bożej stało drewniane tabernakulum, w którym przechowywano puszkę z Najświętszym Sakramentem. Oprócz głównego ołtarza były jeszcze dwa boczne – Chrystusa Ukrzyżowanego i Świętego Antoniego; wszystkie ozdobiono niezbyt licznymi dewocjonaliami ocalałymi z wojennej grabieży. Dach kościółka pokryto papą, a małą wieżyczkę, w której znajdował się nieduży dzwon – blachą cynkową. Całe wnętrze pomalowano na biało.

  Mała świątynia służyła katolikom rokitnickim dość długo, bo aż do sierpnia 1931 roku, czyli przez 15 lat. Wtedy to biskup Stanisław Gall, sufragan warszawski poświęcił odbudowaną świątynię rokitnicką, ale już nie pod wezwaniem Świętego Jakuba, lecz pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny.

  Od tamtej pory mały kościółek nie był już potrzebny, gdyż nabożeństwa i wszelkie uroczystości kościelne przeniesiono do odbudowanej świątyni. Kościółek, więc zamknięto. Ale nie na długo, jako że już od wiosny 1932 roku służył duchownym, jako magazynek parafialny, a później, jako sala zebrań Akcji Katolickiej. Niemniej jednak parę razy przymierzano się do jego rozbiórki. Uważano, że trochę szpecił i zawalał całe otoczenie ? jak to niezbyt szczęśliwie określano, a już wcale nie pasował do jedynej w swoim rodzaju architektury, czyli do stojącego tuż obok dużego kościoła. Na szczęście Rada Parafialna i proboszcz zmienili zdanie i od września 1939 roku zamierzali przekazać małą świątynię na cele oświatowe. Miała tam powstać czterooddziałowa Szkoła Elementarna z Czubina. Niestety, wybuch wojny wszystko pokrzyżował.

  Tymczasem kościółek stał dalej. Szczęśliwie przetrwał wojnę, a nawet trzy lata po jej zakończeniu. Możliwe, że to opatrzność zachowała go, albowiem wiedziała, że będzie kiedyś bardzo potrzebny – co też stało się niebawem.

  Oto w roku 1947 nowy proboszcz parafii Stara Miłosna, ksiądz Stanisław Witkowski borykał się od wielu miesięcy z poważnymi kłopotami. Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie, nie zgadzał się na wybudowanie w Starej Miłośnie nowego kościoła. Ksiądz pisał wielokrotnie podania tłumacząc zatwardziałym komunistom, że jego parafia nie ma świątyni, bowiem poprzednia i jedyna została całkowicie zniszczona podczas wojny. Niestety, wszystkie podania księdza, poparte listami intencyjnymi Kurii Warszawskiej, spotykały się z odmową decydentów.

  Po pół roku ciągłych perypetii i przepychanek, ksiądz Witkowski wpadł na genialny pomysł. Napisał kolejne podanie, tym razem prosząc nie o zezwolenie na budowę nowego kościoła, lecz o zgodę na przewóz drewnianego kościółka z Rokitna koło Błonia, do Starej Miłosny. Napisał, że kościółek stoi tam od wielu lat nieczynny, że proboszcz rokitnicki zgadza się, i że po generalnym remoncie, tenże drewniany kościółek mógłby służyć wiernym w tutejszej parafii.

O dziwo, na takie rozwiązanie sprawy urzędnicy z UBP zgodzili się. Widocznie doszli do wniosku, że statystycznie liczba obiektów sakralnych nie powiększy się w kraju, a kościół, jako taki, zostanie tylko przeniesiony.

  Po otrzymaniu zgody, energiczny ksiądz Witkowski zabrał się od razu do roboty. Na początku czerwca 1948 roku wysłał do Rokitna kilku cieśli i paru pomocników, by rozebrali kościółek. Demontaż trwał około tygodnia.

  W międzyczasie, młody proboszcz starał się zorganizować transport konny, co nie było takie proste, gdyż w całym miasteczku brakowało koni. Jednakże wieść o przewiezieniu kościółka rozeszła się chyżo po całej okolicy, i w ciągu zaledwie kilku dni zgłosiło się do księdza wielu miejscowych furmanów i kilkudziesięciu chłopów z okolicznych wsi. Oto wspomnienia uczestnika tamtej wyprawy Józefa Czwarnóga, gospodarza spod Starej Miłosny:

  W niedziele pojechaliśmy po sumie w 42 wozy, a wróciliśmy we wtorek na południe. Nie pamiętam dokładnie daty. Wtedy koniczynę się kosiło, więc musiał to być czerwiec. Na nocleg zajechaliśmy do Rokitna, a w poniedziałek z rana zabraliśmy się do ładowania. Wcześniej inni staromiłośniacy kościół rozebrali. Cały dzień nam zeszło.(?) Pojechaliśmy w pojedyncze konie. Wozy konne miały wtedy koła na obręczach. Pamiętam, że w poniedziałek na noc wyjechaliśmy z Rokitna. Jak się rozwidniało, to przejeżdżaliśmy przez Warszawę. Naród był wtedy zgrany, nie to co teraz.

  To musiał być imponujący widok. Długi wąż konnych zaprzęgów wyjechał nocą z Rokitna, dotarł do Płochocina, po czym wjechał na szosę poznańską, a tam furmani ustawiwszy wozy jeden za drugim, ruszyli w kierunku Warszawy. Proszę sobie wyobrazić ponad kilometrową kawalkadę czterdziestu dwóch furmanek jadących jedna za drugą, wyładowanych po brzegi belkami, deskami, oknami, blachą i Bóg wie jeszcze czym. Jadąc, musieli czynić straszny hurgot, bo wtedy szosa poznańska nie miała asfaltu, była wybrukowana kostką granitową, a furmanki miały żelazne obręcze, zatem to musiało być niezwykłe widowisko.

  Gdy bladym świtem dojechali do Wisły, tuż przed wjazdem na tymczasowy, drewniany most, w okolicach ulicy Karowej zatrzymał ich patrol żandarmerii wojskowej i milicji ludowej. Milicjanci podejrzewali, że taka ilość drewna może pochodzić tylko ze złodziejstwa. Dopiero ?żelazny list? wydany przez proboszcza z Rokitna wszystko wyjaśnił, choć na wszelki wypadek furmanów spisano, a nawet księdza wikarego, który asystował tejże wyprawie.

  Po południu zaprzęgi dotarły szczęśliwie do Miłosny. Na miejscu okazało się, że część przywiezionego budulca nie nadaje się do użytku, szczególnie deski, które w większości były zbutwiałe. Pozostałe, bardziej ?zdrowe? użyto, ale za kilka lat okazało się, że trzeba je jednak wymienić. Przy montażu wykorzystano przede wszystkim dębowe bale, czyli główną konstrukcję, oraz krokwie dachowe i wieżyczkę.

  W nowym miejscu wzniesiono budowlę identyczną jak w Rokitnie. Nie różniła się niczym. Powszechnie przyjęto, niezależnie od tego ile włożono weń nowego budulca, że kościółek został przeniesiony, i że na nowym miejscu został ponownie zestawiony. Zatem nikt się nie czepiał, choć podobno donosów do UBP było kilka.

  Prace montażowe i wykończeniowe trwały ponad dwa lata. Wewnątrz kościółek otynkowano. Na ścianie prezbiterium położono bogatą polichromię, której centrum zajmowała postać Zbawiciela z otwartym sercem, zgodnie z wezwaniem i tytułem parafii. W latach późniejszych położono nowy dach gontowy, nową boazerię, oraz rozbudowano okazałą wieżyczkę.

  Po całkowitym zakończeniu wszystkich prac, w dniu 6 sierpnia 1950 roku odbyła się duża uroczystość kościelna. Do Starej Miłosny przyjechał biskup warszawski (wtedy jeszcze nie kardynał), ksiądz prymas Stefan Wyszyński i poświęcił nową świątynię, oraz parafię pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa.

  Kilka miesięcy po poświęceniu ukazała się w czasopiśmie kościelnym mała wzmianka nieznanego autora. Oto jej treść: (?) Pojechałem do Starej Miłosny pod Warszawą. Już z daleka od szosy widać pośród sosen drewniany kościółek o pięknych liniach. Na cmentarz kościelny wiodą szerokie, tarasowe schody z polnego kamienia, a zgrabna wieżyczka dodaje uroku kościółkowi. Kruchta oddzielona jest od kościoła kowaną kratą żelazną. Każdy może wejść i w ciszy pomodlić się, w uroczym wnętrzu. Byłem zdumiony tym, co zobaczyłem. Kościółek w środku wygląda jak bajka. Całość robi wrażenie bombonierki, pięknego pudełeczka, w którym wszystko ułożono harmonijnie. Naokoło kościółka ręcznie kute stylowe latarnie. Wieczorem oświetlony kościół robi wrażenie zaczarowanego widma.

  W tej niezwykłej historii czuje się jak gdyby, rękę opatrzności. Widać, że od początku kierowała biegiem wydarzeń tak, by kościółek w końcu ocalał. Widocznie było to jej usilnym życzeniem.

  Kościółek z Rokitna stoi w Starej Miłośnie do dziś, i jest już prawie stuletnim zabytkiem. Od wielu lat ma innego patrona – świętego Antoniego Padewskiego, natomiast cała parafia jest pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa.

[nggallery id=369]

 

Opracowanie

Grzegorz Przybysz

 

 

Tekst zredagowano na podstawie archiwaliów pochodzących z Parafii Rokitno i Parafii w Starej Miłośnie, oraz informacji uzyskanych od ks. proboszcza Jerzego Banaka i śp. ks. proboszcza Jana Eluszkiewicza.

Foto: zbiory prywatne Grzegorza Przybysza

1 Comment

  1. Leonard Łuczak napisał(a):

    Wiadomo mi, że Grzegorz Przybysz jest w posiadaniu znacznie bogatszego materiału, również ikonograficznego, na temat kościoła w Rokitnie. Tutaj np nie wykorzystał zdjęć wieży kościelnej przestrzelonej na wylot artyleryjskim pociskiem. Mam nadzieję, że ten temat nie jest zamknięty.

 
© 2013 www.brwinow24.pl Portal informacyjny gminy Brwinów · Subskrybuj:InformacjeKomentarze · Designed by Theme Junkie · Powered by WordPress